Mazurskie historie. Ostróda – zachód słońca, który pozostanie w pamięci
-
Ostatnie cztery miesiące mojego życia stały pod znakiem remontu mieszkania
i poremontowych prac, których końca na razie nie widać. Poza tym przybył mi ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsaw. Pokaż wszystkie posty
Cykl warszawski: Puszcza Kampinoska
Jabłka najbardziej smakują mi w szarlotce robionej przez eM lub kiedy przemierzam Kampinos. Niesie mnie piasek i mech, wokół buzuje i drga sekretne życie igieł sosnowych albo mrówek, a ja jem jabłko i nie myślę o niczym ważnym. Raczej o prostych rzeczach. O atomach, które dają złudzenie koloru i o tym, że za jakiś czas wiązania między nimi będą tak luźne, tak odległe, że powoli rozpłyniemy się bez huku, bez hałasu. Spokojnie i łagodnie. Zupełnie nie jak dinozaury. Myślę też wtedy o chlebie. Kredkach, Toruniu lub może Krośnie. Chodzi o to, że w końcu jest więcej liści, niż problemów. Człowiek niczym się nie martwi. Może tylko tym, że znowu zgubił nieznacznie drogę albo, że nigdy jeszcze nie spotkał łosia, a tak bardzo by chciał.
Jabłko ma zwarty, soczysty miąższ, a czarny szlak przechodzi w żółty. Potem zielony, czerwony. Zostaje tylko ogryzek, ale to nic, bo w plecaku nadal czeka pełen termos herbaty. Kiedy dociera się do jednej z wiat turystycznych, ustawionej zazwyczaj na skrzyżowaniu kolorowych ścieżek, zawsze można liczyć na pozdrowienie odpoczywających tam akurat osób. Bo w tym pseudo-lesie, niby-borze, nadal obowiązują zasady takie, jak na prawdziwych szlakach. Należy być uprzejmym, nie należy dłubać w nosie, ale też nie trzeba przesadnie dbać o to, żeby mieć pod ręką grzebień. Możesz sobie mieć wiatr we włosach i nikogo to nie boli. Kampinos widział już wiele. Widział rysie i młodych chłopców z karabinami, którzy kryli się przed Niemcami po zaroślach oraz okopach. Sosen i olch Twoje potargane włosy nie wzruszają, mogą ci co najwyżej dać gałązkę na szczęście.
Jeśli więc Warszawa w weekend nie ma Ci za wiele do zaoferowania, a Łazienki lub inne Kępy Potockie znasz już na pamięć, to wsiadaj w autobus 110 lub 409 i jedź do drzew. Nie musisz tam za dużo gadać, ale możesz poćwiczyć tajemną sztukę słuchania rudzika lub zwinek, które ruchliwymi łapkami rozgarniają kępki porostów. Tylko uważaj na żmije. Żmije mają czerwone oczy. I to jest bardzo dziwne.
Jabłko ma zwarty, soczysty miąższ, a czarny szlak przechodzi w żółty. Potem zielony, czerwony. Zostaje tylko ogryzek, ale to nic, bo w plecaku nadal czeka pełen termos herbaty. Kiedy dociera się do jednej z wiat turystycznych, ustawionej zazwyczaj na skrzyżowaniu kolorowych ścieżek, zawsze można liczyć na pozdrowienie odpoczywających tam akurat osób. Bo w tym pseudo-lesie, niby-borze, nadal obowiązują zasady takie, jak na prawdziwych szlakach. Należy być uprzejmym, nie należy dłubać w nosie, ale też nie trzeba przesadnie dbać o to, żeby mieć pod ręką grzebień. Możesz sobie mieć wiatr we włosach i nikogo to nie boli. Kampinos widział już wiele. Widział rysie i młodych chłopców z karabinami, którzy kryli się przed Niemcami po zaroślach oraz okopach. Sosen i olch Twoje potargane włosy nie wzruszają, mogą ci co najwyżej dać gałązkę na szczęście.
Jeśli więc Warszawa w weekend nie ma Ci za wiele do zaoferowania, a Łazienki lub inne Kępy Potockie znasz już na pamięć, to wsiadaj w autobus 110 lub 409 i jedź do drzew. Nie musisz tam za dużo gadać, ale możesz poćwiczyć tajemną sztukę słuchania rudzika lub zwinek, które ruchliwymi łapkami rozgarniają kępki porostów. Tylko uważaj na żmije. Żmije mają czerwone oczy. I to jest bardzo dziwne.
Międzyczas
Warszawa ma to do siebie, że potrafi człowieka połknąć w całości w okolicach, powiedzmy, środy i następnie wypluć go we wtorek. Miesiąc później. To się zdarza w każdym miejscu na ziemi o każdej porze i nie powinno wcale nikogo dziwić.
Mnie również zjadł międzyczas. W jego przepastnych wnętrznościach nauczyłam się gotować dziwną potrawę z ciecierzycy, piec ciasto malinowe, biegać na 5km w 27 minut, tworzyć filozofię marki od podstaw (pssst, to sekret) oraz odkryłam uroki Lubelszczyzny o czym powstanie zupełnie oddzielny wpis. Wypad do Kazimierza był bowiem poważnym szokiem kulturowym, który przypomniał mi pewną rozmowę ze znajomym na temat Białegostoku. Tak się składa, że kolega K. miał okazję pracować tam przez kilka miesięcy, ja natomiast odwiedziłam te okolice, żeby ponownie zakochać się w Kapeli Ze Wsi Warszawa. Przy okazji tego zakochiwania się, przemierzyłam okolice i wyczytałam, że Białystok to "najszczęśliwsze miasto w Polsce". Rewelacją podzieliłam się z kolegą K., bo wydała mi się z perspektywy jednej nocy spędzonej w przycerkiewnym ośrodku pielgrzyma informacją całkiem prawdopodobną. Kolega K. uśmiechną się tylko i, wyprzedzając na trzeciego, powiedział: "Pewnie, że są szczęśliwi. Bo nie wiedzą, że gdzie indziej byliby sto razy szczęśliwsi. To co mają robić?". Po odwiedzeniu Kazimierza Dolnego zastanawiam się czy to prawda. Czy to możliwe, że jest szczęście i nadszczęście i podszczęście. Czy można popatrzeć na kogoś szczęśliwego i powiedzieć mu: "rozumiem, że wydaje Ci się, że jesteś szczęśliwy, ale to tylko pozory. Przy Twoim domu nie ma kina. Po wodę musisz iść do studni. Cholera. Tu się nic nie dzieje." Chyba nie można. Ale to następnym razem.
Tymczasem lipiec i kwiaty i wieczory do muzyki otwartych okien:
Więcej (chociaż niewiele)
Mnie również zjadł międzyczas. W jego przepastnych wnętrznościach nauczyłam się gotować dziwną potrawę z ciecierzycy, piec ciasto malinowe, biegać na 5km w 27 minut, tworzyć filozofię marki od podstaw (pssst, to sekret) oraz odkryłam uroki Lubelszczyzny o czym powstanie zupełnie oddzielny wpis. Wypad do Kazimierza był bowiem poważnym szokiem kulturowym, który przypomniał mi pewną rozmowę ze znajomym na temat Białegostoku. Tak się składa, że kolega K. miał okazję pracować tam przez kilka miesięcy, ja natomiast odwiedziłam te okolice, żeby ponownie zakochać się w Kapeli Ze Wsi Warszawa. Przy okazji tego zakochiwania się, przemierzyłam okolice i wyczytałam, że Białystok to "najszczęśliwsze miasto w Polsce". Rewelacją podzieliłam się z kolegą K., bo wydała mi się z perspektywy jednej nocy spędzonej w przycerkiewnym ośrodku pielgrzyma informacją całkiem prawdopodobną. Kolega K. uśmiechną się tylko i, wyprzedzając na trzeciego, powiedział: "Pewnie, że są szczęśliwi. Bo nie wiedzą, że gdzie indziej byliby sto razy szczęśliwsi. To co mają robić?". Po odwiedzeniu Kazimierza Dolnego zastanawiam się czy to prawda. Czy to możliwe, że jest szczęście i nadszczęście i podszczęście. Czy można popatrzeć na kogoś szczęśliwego i powiedzieć mu: "rozumiem, że wydaje Ci się, że jesteś szczęśliwy, ale to tylko pozory. Przy Twoim domu nie ma kina. Po wodę musisz iść do studni. Cholera. Tu się nic nie dzieje." Chyba nie można. Ale to następnym razem.
Tymczasem lipiec i kwiaty i wieczory do muzyki otwartych okien:
Więcej (chociaż niewiele)
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)