Mazurskie historie. Ostróda – zachód słońca, który pozostanie w pamięci
-
Ostatnie cztery miesiące mojego życia stały pod znakiem remontu mieszkania
i poremontowych prac, których końca na razie nie widać. Poza tym przybył mi ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puszcza kampinoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puszcza kampinoska. Pokaż wszystkie posty
Maj 2015 Kampinos
W cudowny sposób nie robię nic. Czasem od niechcenia coś ugotuję, czasem w coś zagram albo coś napiszę, a czasem wstanę nagle od biurka i uznam, że mam ochotę pojechać do lasu. 13 minut i jestem już w drodze. W zębach jabłko, na plecach ukochany plecak, na grzbiecie czarna bluza. Tylko tyle. W lesie jestem sama, zupełnie sama z jaszczurkami. Chyba nie mam innego wyjścia, jak iść. Idę więc, poświęcając swój czas okrągłym źdźbłom trawy oraz chropowatej korze.
+

+
2015
Zastanawiam się czasem czyja to sprawka, że nasze niebo zostało odrutowane, a lasy pokrojone w równą kostkę parków. Kto powiedział, że muszę tu być? Że nie mogę budzić się rano, kiedy świat jest bardziej miękki, po to żeby móc wypić poranną kawę patrząc na fioletowe mgły. Czemu nie ma rzek, do których wchodzę na bosaka. Zimna woda sięga po kostki, po łydki i kolana. Nie mam obowiązku ich golić, bo rybom nie zależy, a ja mam ciekawsze rzeczy do roboty. Czy naprawdę najważniejsze jest to, że mam bilet miesięczny? Czy mam równo obciętą grzywkę? Czy dobrze wyglądam w spódniczce w drobne kwiatki? Czemu nie jest istotne, że każdy rodzaj mchu przypomina w dotyku zupełnie różne rzeczy? Czasem jest jak skóra, delikatny i łagodny, stworzony do przesuwania po nim palcami, a czasem gęsty, szorstki, splątany, jak włosy po deszczu.
Dlaczego, żeby poczuć zapach ciepła muszę jechać godzinę mijając po drodze brzydkie, niskie domki zbudowane z pustaków i szarych, codziennych spraw?
Chcę miesiąca spędzonego w za dużych bluzach. W znoszonych trampkach i z aparatem przy oku. Miesiąca, podczas którego jem tylko melony, szpinak i brokuły zmieszane z tym, co akurat mam pod ręką. Chcę, żeby moje słowa znowu były moim kumplem, a nie tylko pasażerem w tramwaju, którym codziennie rano pokonuję tę samą trasę. Wsiadamy na tym samym przystanku, ale one jadą dalej, a ja zostaję.
Zakładam słuchawki na uszy. Jest 12:12. Imieniny godziny. Za 360 minut trzeba będzie wstać, ale zanim to nastąpi, zanim podeszwy moich butów znowu dotkną granatowego asfaltu, pomyślę jeszcze chwilę o rzeczach, które dzisiaj widziałam i poradzę wam coś: patrzcie jak najczęściej na zieleń. Patrzcie daleko, wysoko, dużo, mocno, intensywnie, strasznie, łagodnie, pięknie. Bo jeśli nie uda się wam tego zrobić. Jeśli zapomnicie, jak pachnie ciepło, woda, powietrze tuż przed sierpniową burzą, wtedy jesteście straceni. I żaden xanax, żadne, najczulsze nawet dłonie, ukochane oczy, wam nie pomogą.
Być może nie jest to wpis o podróży, ale jeśli się nad tym zastanowić. Jeśli poświęcić temu chociaż chwilę, to czy aby na pewno nie jest to podróż?

Dlaczego, żeby poczuć zapach ciepła muszę jechać godzinę mijając po drodze brzydkie, niskie domki zbudowane z pustaków i szarych, codziennych spraw?
Chcę miesiąca spędzonego w za dużych bluzach. W znoszonych trampkach i z aparatem przy oku. Miesiąca, podczas którego jem tylko melony, szpinak i brokuły zmieszane z tym, co akurat mam pod ręką. Chcę, żeby moje słowa znowu były moim kumplem, a nie tylko pasażerem w tramwaju, którym codziennie rano pokonuję tę samą trasę. Wsiadamy na tym samym przystanku, ale one jadą dalej, a ja zostaję.
Zakładam słuchawki na uszy. Jest 12:12. Imieniny godziny. Za 360 minut trzeba będzie wstać, ale zanim to nastąpi, zanim podeszwy moich butów znowu dotkną granatowego asfaltu, pomyślę jeszcze chwilę o rzeczach, które dzisiaj widziałam i poradzę wam coś: patrzcie jak najczęściej na zieleń. Patrzcie daleko, wysoko, dużo, mocno, intensywnie, strasznie, łagodnie, pięknie. Bo jeśli nie uda się wam tego zrobić. Jeśli zapomnicie, jak pachnie ciepło, woda, powietrze tuż przed sierpniową burzą, wtedy jesteście straceni. I żaden xanax, żadne, najczulsze nawet dłonie, ukochane oczy, wam nie pomogą.
Być może nie jest to wpis o podróży, ale jeśli się nad tym zastanowić. Jeśli poświęcić temu chociaż chwilę, to czy aby na pewno nie jest to podróż?
05 października 2014: Kampinos jesienią
Niewiele jest we mnie ostatnio literek i ciężko jest mi je składać w coś, co miałoby jakikolwiek kształt. Może to jakiś blok, może za mało jem szpinaku, a może ten rok ma trochę inne kolory i muszę to trochę w sobie poukładać. Na pewno jest jesień i na pewno jest Kampinos. Na pewno są koty i psy i morza i zapach jesiennych ognisk. I na pewno, na pewno wszystkiego tego byłoby trochę szkoda, więc zamiast martwić się tymi dziurami, które ma się czasem w głowie lub duszy, lepiej pójść do lasu. Las ma zawsze czułe oko (i mniej czułe kleszcze, poważnie - po co są kleszcze?)
Cykl warszawski: Puszcza Kampinoska
Jabłka najbardziej smakują mi w szarlotce robionej przez eM lub kiedy przemierzam Kampinos. Niesie mnie piasek i mech, wokół buzuje i drga sekretne życie igieł sosnowych albo mrówek, a ja jem jabłko i nie myślę o niczym ważnym. Raczej o prostych rzeczach. O atomach, które dają złudzenie koloru i o tym, że za jakiś czas wiązania między nimi będą tak luźne, tak odległe, że powoli rozpłyniemy się bez huku, bez hałasu. Spokojnie i łagodnie. Zupełnie nie jak dinozaury. Myślę też wtedy o chlebie. Kredkach, Toruniu lub może Krośnie. Chodzi o to, że w końcu jest więcej liści, niż problemów. Człowiek niczym się nie martwi. Może tylko tym, że znowu zgubił nieznacznie drogę albo, że nigdy jeszcze nie spotkał łosia, a tak bardzo by chciał.
Jabłko ma zwarty, soczysty miąższ, a czarny szlak przechodzi w żółty. Potem zielony, czerwony. Zostaje tylko ogryzek, ale to nic, bo w plecaku nadal czeka pełen termos herbaty. Kiedy dociera się do jednej z wiat turystycznych, ustawionej zazwyczaj na skrzyżowaniu kolorowych ścieżek, zawsze można liczyć na pozdrowienie odpoczywających tam akurat osób. Bo w tym pseudo-lesie, niby-borze, nadal obowiązują zasady takie, jak na prawdziwych szlakach. Należy być uprzejmym, nie należy dłubać w nosie, ale też nie trzeba przesadnie dbać o to, żeby mieć pod ręką grzebień. Możesz sobie mieć wiatr we włosach i nikogo to nie boli. Kampinos widział już wiele. Widział rysie i młodych chłopców z karabinami, którzy kryli się przed Niemcami po zaroślach oraz okopach. Sosen i olch Twoje potargane włosy nie wzruszają, mogą ci co najwyżej dać gałązkę na szczęście.
Jeśli więc Warszawa w weekend nie ma Ci za wiele do zaoferowania, a Łazienki lub inne Kępy Potockie znasz już na pamięć, to wsiadaj w autobus 110 lub 409 i jedź do drzew. Nie musisz tam za dużo gadać, ale możesz poćwiczyć tajemną sztukę słuchania rudzika lub zwinek, które ruchliwymi łapkami rozgarniają kępki porostów. Tylko uważaj na żmije. Żmije mają czerwone oczy. I to jest bardzo dziwne.
Jabłko ma zwarty, soczysty miąższ, a czarny szlak przechodzi w żółty. Potem zielony, czerwony. Zostaje tylko ogryzek, ale to nic, bo w plecaku nadal czeka pełen termos herbaty. Kiedy dociera się do jednej z wiat turystycznych, ustawionej zazwyczaj na skrzyżowaniu kolorowych ścieżek, zawsze można liczyć na pozdrowienie odpoczywających tam akurat osób. Bo w tym pseudo-lesie, niby-borze, nadal obowiązują zasady takie, jak na prawdziwych szlakach. Należy być uprzejmym, nie należy dłubać w nosie, ale też nie trzeba przesadnie dbać o to, żeby mieć pod ręką grzebień. Możesz sobie mieć wiatr we włosach i nikogo to nie boli. Kampinos widział już wiele. Widział rysie i młodych chłopców z karabinami, którzy kryli się przed Niemcami po zaroślach oraz okopach. Sosen i olch Twoje potargane włosy nie wzruszają, mogą ci co najwyżej dać gałązkę na szczęście.
Jeśli więc Warszawa w weekend nie ma Ci za wiele do zaoferowania, a Łazienki lub inne Kępy Potockie znasz już na pamięć, to wsiadaj w autobus 110 lub 409 i jedź do drzew. Nie musisz tam za dużo gadać, ale możesz poćwiczyć tajemną sztukę słuchania rudzika lub zwinek, które ruchliwymi łapkami rozgarniają kępki porostów. Tylko uważaj na żmije. Żmije mają czerwone oczy. I to jest bardzo dziwne.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)