Mazurskie historie. Ostróda – zachód słońca, który pozostanie w pamięci
-
Ostatnie cztery miesiące mojego życia stały pod znakiem remontu mieszkania
i poremontowych prac, których końca na razie nie widać. Poza tym przybył mi ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Opowieści helskie, dzień drugi, 19 kwietnia 2013
16:11
Bałtyk
,
Bookarnia
,
bursztyny
,
grodzisko
,
koza
,
molo
,
morze
,
Morze Bałtyckie
,
podróż
,
Sopot
,
turystyka
M.
Gdyby przetłumaczyć słowo "Sopot" ze staroindiańskiego narzecza, to na pewno otrzymałoby się nazwę brzmiącą w okolicach: "tam gdzie są bursztyny, sernik cynamonowym i drobne, koronkowe domki". Żaden Indianin nie pokusił się jednak o wyprawę nad Bałtyk, więc Sopot jest Sopotem, słowiańskim hydronimem nawiązującym do położenia tej miejscowości nad potokiem lub źródłem.
W tym wypadku bliżej mi do Indian. Sopot kojarzę z mroźnymi porankami oraz smakiem cynamonu owiniętego w piankę lekkiego sernika podawanego w Bookarni. W nagrodę za przebytą SKM-ką długa drogę zamawiamy latte i dwie porcje ciasta. Pomimo wczesnej godziny w lokaliku jest już kilka osób, które wyglądają, w przeciwieństwie do nas, na miejscowych. Nasze kolorowe kurtki przeciwdeszczowe oraz toporne buty kontrastują z jasnymi pantofelkami dziewczynki, która opatulona w kremowy szal, nad filiżanką cappuccino tłumaczy komuś przez komórkę, że proponowana willa jest najlepszą z możliwych opcji. Zajmujemy nasze stałe miejsce pod obrazem potężnej, różowej prosi, ciesząc się, że jest wolne. Jemy tak, jak jedzą prawdziwi poławiacze bursztynów - w ciszy.
O tym, czy jesteś prawdziwym poławiaczem bursztynów decyduje nie liczba zdobytej zastygłej żywicy. Nie wielkość brył miodowego złota morza. To co liczy się naprawdę to stan umysłu. Należy przejść przez molo rzucając ukradkowe spojrzenia w kierunku plaży, głęboko w sobie czując już ten dreszcz i obawę, że kiedy Ty przechadzasz się wśród statecznych turystów, tam właśnie ktoś znajduje okruch bursztynu, który przeznaczony był dla Ciebie. Dlatego uprzejmie witasz się i żegnasz z białymi ławeczkami sopockiego deptaka i gnasz do tego miejsca, w którym morze styka się z plażą. Tam ludzie podobni Tobie, w skupieniu, rozgrzebują szarymi patyczkami masy farfocli morskich. Dołączasz do nich, bo masz przecież specjalnie przygotowaną na tę okazję torebkę, która musi zostać zapełniona. I zostaje.
Z pełną torebką można ruszać dalej. W głąb miasteczka, przez ulice usiane willami, których ażurowe, drewniane werandy kryją tajemnice jeszcze z XIX wieku. Kolorowe szkiełka domowych witrażyków łapią słońce i układają z niego czerwono-pomarańczowe wzory. Docieramy w końcu do sopockiego grodziska - cichego miejsca, w którym nie spotykamy nikogo oprócz kóz. Oczywiście kozy wzbudzają mój olbrzymi entuzjazm, głównie z powodu swoich dziwnych źrenic. Biała koza rozmawia ze mną, rozpaczliwie mecząc, o tym, że zimno, że nie ma trawy i wszędzie klepisko. Ale takie właśnie jest życie wczesnośredniowiecznych kóz. Patrzą na drewniane chaty oraz warsztat tkacki, na wycieczki szkolne i turystów i pewnie, mimo wszystko, są szczęśliwe. Drapię drugą, czarną kozę po pysku.
Ostatnią przewidzianą na ten dzień atrakcją mają być ryby. Mają, muszą i nie ma przebacz. To powinien być halibut, ale w pewnym momencie może być nawet dorsz. Dostajemy go na papierowej tacce z furą za tłustych frytek, nie wiedząc jeszcze, że następnego dnia ta kulinarna wpadka zostanie nam wynagrodzona doskonałym, skwierczącym halibutem podanym w towarzystwie ćwiartki cytryny. W innym miejscu, po innej podróży. Teraz jesteśmy w barze Złota Rybka mieszczącym się w ciasnej budce wymalowanej w zielone aligatory. Wzór wcale nie dziwi, bo wiadomo przecież, że 9 na 10 złotych rybek okazuje się być podstępnym krokodylem. To jednak bardzo adekwatne.
Zagryzając podróż gofrem, wracamy do Kuźnicy.
Więcej zdjęć.
W tym wypadku bliżej mi do Indian. Sopot kojarzę z mroźnymi porankami oraz smakiem cynamonu owiniętego w piankę lekkiego sernika podawanego w Bookarni. W nagrodę za przebytą SKM-ką długa drogę zamawiamy latte i dwie porcje ciasta. Pomimo wczesnej godziny w lokaliku jest już kilka osób, które wyglądają, w przeciwieństwie do nas, na miejscowych. Nasze kolorowe kurtki przeciwdeszczowe oraz toporne buty kontrastują z jasnymi pantofelkami dziewczynki, która opatulona w kremowy szal, nad filiżanką cappuccino tłumaczy komuś przez komórkę, że proponowana willa jest najlepszą z możliwych opcji. Zajmujemy nasze stałe miejsce pod obrazem potężnej, różowej prosi, ciesząc się, że jest wolne. Jemy tak, jak jedzą prawdziwi poławiacze bursztynów - w ciszy.
| Poławiacz bursztynów w naturalnym środowisku. |
Z pełną torebką można ruszać dalej. W głąb miasteczka, przez ulice usiane willami, których ażurowe, drewniane werandy kryją tajemnice jeszcze z XIX wieku. Kolorowe szkiełka domowych witrażyków łapią słońce i układają z niego czerwono-pomarańczowe wzory. Docieramy w końcu do sopockiego grodziska - cichego miejsca, w którym nie spotykamy nikogo oprócz kóz. Oczywiście kozy wzbudzają mój olbrzymi entuzjazm, głównie z powodu swoich dziwnych źrenic. Biała koza rozmawia ze mną, rozpaczliwie mecząc, o tym, że zimno, że nie ma trawy i wszędzie klepisko. Ale takie właśnie jest życie wczesnośredniowiecznych kóz. Patrzą na drewniane chaty oraz warsztat tkacki, na wycieczki szkolne i turystów i pewnie, mimo wszystko, są szczęśliwe. Drapię drugą, czarną kozę po pysku.
| Koza ma brodę i ma dziwne źrenice. Takie już są kozy. |
Zagryzając podróż gofrem, wracamy do Kuźnicy.
Więcej zdjęć.
Opowieści helskie, dzień pierwszy, 18 kwietnia 2013
20:06
Bałtyk
,
Hel
,
Kuźnica
,
morze
,
Morze Bałtyckie
,
podróż
,
Polska
,
Półwysep Helski
,
turystyka
M.
Nie jestem podróżnikiem. Jestem przemieszczaczem. Przesuwam swoje wszystko po różnych, mniej lub bardziej prostych, liniach. Tym razem ścieżka poprowadziła mnie przez Gdańsk i kwiecień aż do Półwyspu Helskiego, który poza sezonem przestaje produkować pluszowe foki, zapiekanki i jezuski z muszelek, a przerzuca się po prostu na piasek oraz morze. A ja bardzo lubię piasek i morze. I ryby. Ryby też są w porządku.
W podróży lubię moment, w którym niemal dociera się na miejsce. Chwilę, w której sięga się po plecak (Alojzy nie jest Alojzym, tylko jak się okazało Wielorybem lub Wombatem) i wie się, że już prawie, za zakrętem lub osiemnastoma jest miejsce, do którego się zmierza. Takie międzylądowanie odbyło się w Gdańsku - mieście, w którym na dworcu autobusowym ktoś zamieścił schody do piekieł. Chcąc dostać się do Starego Miasta, trzeba zjechać nimi w dół, w dół aż do kłębowiska ludzi. Ktoś gra na rozstrojonej gitarze, ktoś kupuje naręcze plastikowych kwiatów hortensji, ktoś inny sprzedaje nakręcane, szczekające pieski. Puszcza je na kartonach rozłożonych na szarej dworcowej podłodze. Mechaniczne dźwięki dziwią okoliczne psy, jedyne stworzenia zatrzymujące się przy pokracznych pluszakach. Przedzierając się przez tłum, uświadamiam sobie, jak bardzo zależy mi na tym, żeby być daleko. Nie potrzebuję centrów handlowych, ciepłych i pachnących reklamami drukowanymi na błyszczącym papierze. Nie chcę szybkiego jedzenia ani biletów komunikacji miejskiej. Ruszam do miejsca, w którym można zobaczyć gwiazdy.
Do Kuźnicy docieramy na tyle wcześnie, żeby załapać się jeszcze na pierwszy zachód słońca. Na zewnątrz jest zimno, tak bardzo zimno, a w naszym pokoju czeka na nas resztka mocnej herbaty z cytryną i kanapki z podróży. Witam morze znacznie cieplej, niż ono mnie, chociaż wiem jednocześnie, że wolno mu być nieco chłodnym. To prawo rzeczy pięknych.
W nocy budzę się kilka razy. Gdy otwieram oczy i zakładam okulary, widzę przez szyberdach, centralnie nade mną, atrament nieba, a na nim obietnicę dalszych podróży. Wielki wóz. W końcu zasypiam spokojnie.
Dzień pierwszy.
| Reklama w helskich dokach |
Do Kuźnicy docieramy na tyle wcześnie, żeby załapać się jeszcze na pierwszy zachód słońca. Na zewnątrz jest zimno, tak bardzo zimno, a w naszym pokoju czeka na nas resztka mocnej herbaty z cytryną i kanapki z podróży. Witam morze znacznie cieplej, niż ono mnie, chociaż wiem jednocześnie, że wolno mu być nieco chłodnym. To prawo rzeczy pięknych.
| Zimne morze jest zimne. |
W nocy budzę się kilka razy. Gdy otwieram oczy i zakładam okulary, widzę przez szyberdach, centralnie nade mną, atrament nieba, a na nim obietnicę dalszych podróży. Wielki wóz. W końcu zasypiam spokojnie.
Dzień pierwszy.
Jeden
Chociaż jestem zmęczona, przeczuwam zmianę otoczenia. Jutro o tej porze zasnę w nie swoim łóżku. W łóżku z widokiem na gwiazdy. Za oknem słyszę teraz szum samochodów zajmujących się czyszczeniem ulic stolicy. Potężne, ryżowe szczoty drapią asfaltowe brzuchy Woli. Jutro to będzie plusk morza, uderzającego falami o kutry zacumowane w małym porcie.
Zabrałam ze sobą różowe buty do biegania. Otworzę sezon i zostawię za sobą tę bardzo długą zimę. Jest 22.39. Czwartku, jestem gotowa.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)